Nie sztuką jest kupić komuś prezent. Sztuką jest go zrobić i sprawić nim radość większą niż tym kupionym. Za każdym razem, gdy mam możliwość obdarowania kogoś czymś co sama zrobiłam i widzę, że to coś się podoba, to jest to dla mnie największym podziękowaniem za włożoną pracę.
Na początku października jedna z moich siostrzenic miała urodziny. Ponieważ ciągle przekłada koraliki i mizia moje motki, a czasami nawet zdarzy jej się zrobić kilka półsłupków na szydełku, postanowiłam, że oprócz „normalnego” prezentu również coś jej zrobię. Wybór padł na milusi motek farbowany przez Monikę o nazwie „In my garden in May”. Dobrałam do niego cieniutką fioletową nitkę, ulubiony kolor Oli… takie miałam informacje… O ja naiwna… 😀 W tak zwanym międzyczasie okazało się, że teraz na topie nie jest fiolet, a mięta… Trudno, pomyślałam, będzie nosić albo nie, jej sprawa…
Okazało się, że pomimo całego swojego obecnego uwielbienia do mięty. Sweter jest cudowny ,milusi, piękny i lepszy nie mógł być, a najfajniejsze w nim jest to, że jest taki dorosły 😉
W takim razie przedstawiam wam „dorosły” sweter mojej siostrzenicy.
Całość jest banalnie prosta, bo to zwykły prostokąt zszyty po bokach. Zaczynałam i kończyłam podwójnym ściągaczem, pomiędzy jest dżersej.
Po zszyciu boków dziury na ręce też wykończyłam podwójnym ściągaczem.
Sweter robiłam na oko, bo miałam tylko jeden motek różowej włóczki 😉
A tak wygląda na właścicielce. Prawda, że pasuje idealnie 😉
Włóczka – In my garden in May
Druty – KP 4.0
W najbliższym czasie powstanie jeszcze jedne taki sweter, więc jeśli jesteście zainteresowane postaram się zebrać w całość opis jego powstawania wraz z ilością oczek. Dajcie znać. Tym razem będzie w dorosłym rozmiarze 🙂
