Po książkę sięgnęłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony zachwyt i chęć poznania kultury, obyczajów i narodu Państwa Środka, z drugiej, gdy spojrzałam na rok, w którym odbyła się podróż jakoś straciłam chęci na jej przeczytanie. Pobyt autora w Chinach przypada na końcówkę roku 1956. Spędził tam 6 tygodni, a pojechał jako przedstawiciel Związku Literatów. Z tego tytułu przyjmowany był ze wszelkimi honorami, gdyż nie stanowił „zagrożenia” dla rozwoju gospodarki, która zaczęła się podnosić po wielkiej rewolucji. Rok 1949 datowany jest jako narodziny Chińskiej Republiki Ludowej.

W swojej podróży odwiedza takie miejsca jak Pekin, Nankin, Szanghaj, Chanfu (znany obecnie jak Kanton) oraz chińskie Trójmiasto Wuhan (połączone miasta Wuhang, Hanyang i Hankou). Do tego ostatniego dopłynął statkiem przez Jangcy. Kilkudniowa podróż przez rzekę uzmysłowiła mu niespotykany na tamte czasy fakt punktualności. O ile to, że pociągi w Chinach jeżdżą z wg rozkładu i punktualnie co do sekundy, to ta sama „przypadłość” tycząca się statków wywołuje u autora ogromne zdziwienie.

Podczas podróży zwiedza nie tylko wielkie miasta, ale także małe miejscowości, wsie i osady. Każda z siedzib ludzkich ma jedną wspólną cechę – spółdzielnię. Powstają one nawet w najmniejszych skupiskach ludzkich. Dzięki nim taka miejscowość funkcjonuje i rozwija się, a nawet daje swoim członkom zarobić. Nie są to jakieś bardzo duże pieniądze, ale dają więcej niż gdyby tę samą pracę wykonywali indywidualnie no i dodatkowo jest wzajemna pomoc. Zostaje zaproszony również na zwiedzanie tutejszych szkół, uczących zarówno małe dzieci, jak i te starsze, przyuczane do konkretnych zawodów. Styl i metody nauczania są odmienne niż w Polsce, ale narzędzie kary funkcjonujące na owe czasu takie samo jak u nas – linijka do bicia po łapach J.

Przejeżdżając wzdłuż i wszerz Chiny, o ile można tak to nazwać, gdyż 6 tygodni to bardzo krótki czas na zwiedzanie tak ogromnego kraju, autor zachwyca się sztuką i rękodziełem miejscowych rzemieślników oraz pomysłowością inżynierów w niektórych rozwiązaniach technicznych. Te zachwyty prowadzą do przemyśleń, z których nasuwa mu się jedna teza, która na dzień dzisiejszy stała się już faktem, a mianowicie, że „…Chiny wyrosną na potęgę jakiej jeszcze historia nie oglądała…”.

Po jej przeczytaniu nie żałuję, że jednak zdecydowałam się po nią sięgnąć, pomimo wcześniejszych mieszanych uczuć. Sprawiła, że chętnie sięgnę po inne pozycje dotyczące tego kraju, aby móc go poznać lepiej i bardziej współcześnie, żeby porównać jak się zmieniał w perspektywie czasu nie tylko pod względem dostępności dla turystów, ale również jak sobie radzi podczas szybkiego rozwoju swojej gospodarki.

„Kraj nad Jangcy” – Paweł Jasienica

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

 

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Ta strona używa cookies Dowiedz się więcej

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności

Zamknij